Dzisiejszy dzien byl niesamowity! Od poczatku do konca, w kazdym kawalku i w kazdej minucie, plynal w odpowiednim tempie zebysmy mogly nacieszyc sie kazda minuta, a teraz, kiedy noc juz i czas sie wreszcie polozyc, ma sie wrazenie, ze to nie jeden dzien, a tydzien.
Zaczelysmy baaardzo wczesna pobudka, o 4ej rano cieplo ubrane ruszalysmy na wyzyny na spotkanie z gejzerami del Tatio. Ranek byl cieply, gejzery znajduja sie jednak dosc wysoko, powyzej 4 000 mnpm (sa najwyzej polozonymi gejzerami na swiecie) a tam temperatury nie sa juz takie plazowe. Totez dwie pary spodni, polarki, kurtki, rekawiczki i czapki to obowiazkowe wyposazenie. Do pola gejzerow dojechalismy jeszcze przed wschodem slonca, wspanialy widok, wspaniale uczucie, jak zawsze gdy czlowiek poswieca troche snu i troche wlasnego komfortu cieplnego dla cudownym wrazen! Temperatura minus 7-9 stopni, a spod ziemi bucha goraca woda, para unosi sie na wiele metrow powyzej, tworzy przy tym dymne sciezki strumieni i gorace baseny! Przemarzlysmy ogromnie i z radoscia odzyskiwalysmy czucie w palcach grzejac rece o kubek goracej kawy. Odzyskiwalysmy tez wytracona z cieplota energie, po to by zdobyc sie chwile pozniej na pozbycie sie tych dwoch warst ubran i wskoczenie do jednej z termalnych kapieli. Rozkosz! Potem bylo juz tylko lepiej!
Goraca woda wsrod mroznego powietrza dodaje jakis nadzwyczajnych mocy, od razu po powrocie ze zrodel pobieglysmy wynajac rowery, po drodze jeszcze raz potancujac w karnawalowej paradzie. Wynajelysmy rowerki i ruszylysmy na podboj okolic! Natrafilysmy na karnawalowe uryczystosci w jednej z okolicznych starych wiosek - zbytkow. Wielysmy czynny udzial w tradycyjnych obrzedach z radoscia dajac sie umorusac w mace na pamiatke przybycia pierwszych Bialych (jakbysmy byly niewystarczajaco biale!) (Iza: 'hmmm, myslisz, ze to ziemniaczana czy kukurydziana?') Tak ozdobione (cale, kompletnie, absolutnie prawdziwe cory piekarza) ruszylysmy do jednego z najbardziej zachwycajacych miejsc - Valle de la Luna. Nic, ze pod gore, nic ze wiatr w oczy... kiedy na szczycie czai sie piekno, nie moze byc zbyt lekko! Dojechalysmy, wjechalysmy, wpedalowalysmy... a potem juz tylko gra barw, niebo, piaskowe polyski, zlote skarpy niczym w Wielkim Kanionie, w tle wulkany z osniezonymi szczytami, pod stopami sol (sprobowalysmy czy to aby nie karnawalowa maka wlasnymi jezykami) formacje skalne o jakich sie nie snilo i jak wszedzie tutaj: przestrzen! I kiedy wydawalo sie ze juz piekniej byc nie moze (kiedy sie tak siedzi w tym pieknie i je winogrona), kiedy sie tak wlasnie wydawalo, przyszedl czas na powrot i nagle, nie dosc, ze bylo pieknie to jeszcze nachylenie sprzyjalo wreszcie naszym zmeczonym nogom, wiatr we wlosach (prawie cala make wywial!!), a na niebie fiolet, blekit, zloto, czerwien, i ksztaly skal i wszedobylska przestrzen... wszystko to tak jednoczesnie... Normalnie, zmysly mi niemal wysiadly z przeladowania!!!!! - to tak zeby nie bylo tak podniosle.
Czas odbudowac zmyslowe predyspozycje... az boje sie jutra :)
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment