Pomne zachwytow jakie wbudzaly w nas periuwianskie autobusy zapakowalysmy sie wczoraj rankiem wraz z calym naszym przybrudzonym juz nieco dobytkiem do kolejnego pozeracza szos. Wraz z nami wnetrze zaroilo sie od umorusanych dzieciakow, trzymajacych je za wzglednie na rekach starszych siostr, bab z torbami, mezczyzn z babami. Swa obecnoscia autobus zaszczycila takze ogluszajaca muzyka (chwile pozniej jakies bezczelne Polki ukradkiem rozlaczyly kabelki od glosnika w autobusie, od tej chwili peruwianskie piesni wyly jedynie w kabinie. Usterke zauwazono i usunieto dopiero po kilku godzinach:)))
Pozeracz jak sie patrzy ale za to szosy brak. Rozklekotany pojazd wspina sie mozolnie po serpentynach blota/zarwanego asfaltu/dziur/piachu trabiac przerazliwie na zakretach oznajmiajac tym samym swa dymiaca spalinami obecnosc. Nie jedziemy, lecz podskakujemy na wybojach i koleinach. Kazdy zakret przyprawia o migotanie komor, w dole daaaaleko rzeka, do rzeki, prowadza strome zbocza porosniete wczoraj jeszcze dzungla, dzis juz dywanami trawy, nad zboczami ta niby-szosa, bez barierek i pobocza.
/Naprzeciwko siebie nasz autobus i inny pojazd, miedzy nimi zakret, nijak sie nie zmieszcza. Oba trabia, tamten cofa.
- Iza, dlaczego on cofa, a nie my?
- Nie wiem, moze u nas jest wiecej istnien ludzkich na pokladzie? /
I znow pedzimy, muzyka wyje, kierowcy pokrzykuja, pasazerowie chca wysiasc wrzeszcza do kierowcow, inni wsiadaja w biegu, autobus spieszy sie i spieszy, co jakis czas wyrzucajac swa zawartosc, czyli nas i umorusany tlum, co bysmy mogli skorzystac z ekologicznej toalety = okolicznych zarosli. W autobusie przemawia wedrowny kaznodziej (zbierajac potem datek, na szczytny zapewne cel, ale my nauczone doswiadczeniem udajemy sen). Po kaznodziei obwozny sprzedawca zachwala jakas ksiazke, wpychajac ja podroznym, choc w tym hop-hop, trzesu-trzesku czytac zdecydowanie sie nie da. We kazdej prawie wiosce do autobusu wciska sie grupka dzieciakow sprzedajacych kukurydze/bulki/napoje/nieznane owoce/ciastka/empanady/to-i-owo/tamto-i-owamto. Dzieciaki podrozuja z nami, wyrzucane po kilku kilometrach. A nasza metalowa beczka smiechu i halasu pedzi dalej!
Juz drugi dzien w podrozy z nocna przerwa w Huanuco. Krajobraz sie zmienia, uspakaja. W wioskach spokojniej, gory majestatu dodaja, ludzie o ton ciszej nawoluja. Z okien wpatrujemy sie w strzeliste trawiaste gory (bo w dol to strach, oj strach patrzec) i podziwiamy goralki noszace swoje pociechy zawiniete w kolorowe chusty na plecach. Tuz tuz nasz cel, juz za kilka godzin kolejny pozeracz szos, i znow te zakrety, nawolywania, dzieci i smiechy, a w srodku dwie gringi, smieszne takie, blade, palcami wytykene, hihi-haha, chcesz cos kupic gringa? nie rozumiesz, jakas ty smieszna hihi-haha...
Tuesday, 19 February 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comment:
No tak - pojechały takie dwie, cuda techniki (czyt. nagłośnienie) psują, suwenirów kupować nie chcą i tylko by zwracały na siebie uwagę innych podróżnych ;p - duży ukłon w Waszą stronę - za całokształt.
Post a Comment