"Chyba po raz pierwszy zabraknie mi slow" - powiedziala Iza kladac glowe na trocinowym materacu.
Nie da sie wyrazic Iquitos, szczegolnie naszego Iquitos, poniewaz przyszlo nam doswiadczac go od srodka. W goscinie u Jaroda, mlodego i poczatkujacego, ale doskonalego przewodnika, w jego pelnym serdecznosci i naturalnosci domu... dzieki Jarodowi i jego rodzinie nasze Iquitos nie jest turystycznym centrum dzungli z 400 tysiacami mieszkancow. Iquitos jest innym swiatem, polnoca Peru na pograniczu wspolczesnosci i turystycznego przemyslu, a zycia w izolacji miasta bez drog dojazdowych, miasta otoczonego nieprzekraczalna granica z tropikalnego losu, zycia nad rzeka, zycia na ulicy, gdzie wlasnie trwa upalna zima.
Dom
Jest noc a ja gapie sie w sufit i sciany, sciany, ktorych nie starcza az do sufitu, dzieki temu do naszego pokoju bez okien wpadaja promienie naturalnego swiatla, gapie sie w sufit i dociera do mnie jak prosta jest konstrykcja domu, pnie, drewniane plyty - sciany, blacha falista, deski, fragment niebieskiej folii gdzies w rogu, tam gdzie nie starcza desek...
Slowo DOM tutaj traci sens, do ktorego jestesmy przyzwyczajeni, domy nie sa fortecami, nie obrastaja w przedmioty, nie poszukuje sie w nich schronienia przed ludzmi, a jedynie przed deszczem. Dom to miejsce gdzie stoi lozko, a na nim trocinowy materac. Dom dzienny jest tam gdzie toczy sie zycie, a zycie toczy sie wsrod ludzi - sasiadow, przyjaciol, klientow, przechodniow. Zycie toczy sie na ulicy.
Ulica
Na ulicy mozna znalezc wszystko. Na niemal kazdym rogu stoi male stoisko lub wozek z czyms do jedzenia, od owocow, przez pieczywo, ciasto, ciasteczka, lody, az po zupy, pieczone babany na slodko i na slono, ryby, ryz zawieniety w wielkie zielone liscie. Przy obiadowych stoiskach stoi stol pokryty kolorowa cerata, na nim talerze i kubki, prawdziwe, nie tekturowe, przy stole rodzina, stoja, siedza, jedza, spia, dzieciaki bawia sie w kacie, pod stolem, biegaja po ulicy i za naszymi aparatami albo z powaznym wyrazem twarzy i profesjonalna uprzejmoscia pomagaja rodzicom. Sa tez ulice rzemieslnicze, ulice pelne butow i szewcow, ulice zegarmistrzow, ulice fryzjerow, wedkarzy. Poza tym ulice z ubraniami, z lekarstwami, z drogeriami. Na ulicy mozna znalezc wszystko.
Na skrzyzowaniach ulic, czyli rynek
Pod obfitoscia ulic i ich skrzyzowan kryje sie rynek. Rynku nie widac, jest wlasnie tam, gdzie go nie widac, poniewaz przykrywa go morze stoisk i stolow, sprzedawcow, towarow. Rynek rozrasta sie tak, ze wchodzi do domow i nie sposob odroznic gdzie dom, a gdzie ulica. Rynek wchodzi do rzeki, a moze to wlasnie rzeka z okazji pory deszczowej weszla w rynek. Rynek jest wszedzie, wszedzie sa stosy i ich opiekunowie. Stosy warzyw, owocow, ryb, kurczakow. Sa jelita, sa kurczaki, robaki, zolwie - zywe i juz nie. Sa malpki i papugi. Sa kolorowe torby plecione, sa butelki kolorowych plynow na wszelkie dolegliwosci, sa maski, kubki, drewniane przybory... Wsrod stosow kreca sie sprzedawcy, mlodzi, sredni, starzy, dzieci i babcinki. Kreca sie, jedza, spia, czuwaja, bawia sie, czesza wlosy, przewijaja dzieci, karmia dzieci... zyja.
Na rynku mozna znalezc wszystko... tylko slow brak.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comment:
no pięknie ! ja też tam chcę :(
Post a Comment