Saturday, 2 February 2008

Dzien jakich malo, a powinno byc jak najwiecej!

DZIEN zaczal sie o 4 rano. Nieprzyjemnie dosc, bo dzwiekiem budzika. Za to potem ....

Najpierw byly gejzery Titio. Zeby je obejrzec trzeba wykupic wycieczke (brrr). Innej opcji nie ma, bo odleglosc duza (prawie 100 km) i wyjazd o 4 rano, bo najlepiej ogladac je przed wschodem slonca. Zmarzlysmy niemilosiernie, bo park z gejzerami lezy na wysokosci 4300 m n.p.m. (ach... przypomina sie Plaza de Mulas...:), na szczescie nasz przewodnik zaserwowal kawke z mleczkiem z termosu. Najlepsza kawa w zyciu! Kawce towarzyszylo sniadanie (wszystko nad brzegiem tych styczacych, parujacych i buchajacych). Po sniadanku natomiasy wskoczylysmy do wod termalnych i tam powitalysmy wschod slonca.

Wydawalo sie, ze lepiej byc nie moze. A jadnak:) Po powrocie do san pedro nastapil ciag dalszy karnawalu. Po zrobieniu kilkuset chyba zdjec stwierdzilysmy, ze czas na jakas nowa rozrywke. Wypozyczylysmy zatem rowery i ruszylysmy na pustynie, cel: Valle de la Luna. Przedziwne przepiekne miejsce - formacje skalne pokryte sola, podobno wyglada jak powierzchnia Ksiezyca, co trudno zweryfikowac, bo na ksiezycu nas jeszcze (PODKRESLAM, JESZCZE) nie bylo.

Ale po kolei. Czasu bylo duzo, wiec zapuscilysmy sie "w lewo" (nie wiedzac dokladnie dokad droga prowadzi). Trafilysmy na pozostalosci wioski, ktore akurat dzis tetnily karnawalem, i to jego jak najbardziej nieturystyczna odmiana. Ochoczo przekroczylysmy brame i na dzien dobry zostalysmy utytlane od stop do glow w mace. (Aga nawet trzy razy, chyba wzbudzila sensacje jako blondynka). Po chwili odkrylysmy, ze maka jest niekwestionawanym hitem imprezy. Wszyscy zapoznali sie z nia bardzo blisko.

A bylo to tak. Dawno dawno temu w ameryce pojawil sie bialy czlowiek (co w odczuciu tubylcow bylo ble). Zwalczali wiec przybyszow jak mogli. Na pamiatke, w czasie karnawalu posypuja sie maka (biala jest niezaprzeczalnie), a nastepnie bija sie nawzajem liscmi kukurydzy, co ma symbolizowac walke z najezdzca. Przy okazji jest to swieto ich naczelnego zboza, czyli rzeczonej kukurydzy. Tyle przynajmniej udalo mi sie zrozumiec;)

Na deser wspomniana wyzej Valle de la Luna i w nagrode za dzielne pedlaowanie (bylo pod gore, oj bylo) kolacja z winogron wsrodku solnej pustki.

i jak tu nie kochac podrozy?

No comments: