Widocznie dzungla polubila nas bardziej niz my ja, choc my polubilysmy ja przeciez ogromnie i calkowicie bezinteresownie - z jej pol-dniowymi opadami, jedzeniem rozstrajajacym zoladek, komarami co zjadaja zywcem, przemoczonymi butami i pomarszczonymi i odparzonymi stopami, Nie ustajemy w naszej sympatii pomimo 12 godzin opoznienia naszego rejsu. Nie ma statku - jest internet. W kazdej sytuacji mozna odnalezc cos pozytywnego... ale zanim o pozegnaniu z Iquitos i dzungla... slowo o powitaniu.
Iquitos przeszlysmy wzdluz i wszerz, odwiedzilysmy rynek prawie do omdlenia (upal, wilgotnosc, kurczaki, ryby...) zwiedzilysmy katedre i plac glowny, w koncu w strugach deszczu (pora deszczowa jednak istnieje) wpadlysmy do miejscowego sklepu typu second hand aby zakupic lniane koszule z dlugimi rekawami (kazdy, kto choc raz ogladal film z dzungla w tle, wie przeciez, ze chodzenie po dzungli bez lnianej koszuli i kapelusza z moskitiera na twarzy jest pozbawione sensu). Lnianych koszul nie mieli, wzielysmy wiec co mieli, co oznaczalo biale koszule, rozmiar XL i rozowo zolte spodnie w paski :P i ruszylysmy po zapas srodka na komary i papieru toaletowego.
Wyprawe do selwy czas zaczac. Zeby dotrzec do wioski Santa Rosa, gdzie miala goscic nas ciotka Jaroda trzeba na poczatek przeplynac lodka klasy szybkiej, zwanej rapido do wioski Mazan, nastepnie przejechac wioske by moto taxi, w kolejnym porcie odnalezc kursujaca raz dziennie lodeczke klasy wolnej - peke peke. Lodeczke odnalezlismy bez problemu, niestety kierowca nie mogl przez 2 godziny odnalezc paliwa do lodeczki... wiec siedzielismy tak w tym zacumowanym peke peke i przygladalismy sie naszym ko-pasazerom. Oh, jak zazdroscilismy im typowej dla tubylcow umiejetnosci czekania! Na szczescie kierowca sie odnalazl wraz z paliwem i ruszylismy w rejsik do Santa Rosa, aby 3 godziny pozniej powitac niewielkie zgrupowanie drewnianych domkow, blotnista skarpe, po ktorej ku uciesze calej rodziny Jaroda, zjezdzalysmy, zamiast wchodzic, przygniatane naszymi plecakami.
Ciotka, kuzyni, siostry kuzynek, siostry mezow, ich dzieci, chrzesniaki... wszyscy rozesmiani... nie opuszcza nas obawa, ze, nie tyle serdecznie rozesmiani, co w glos sie z nas smiejacy, nie do konca wiemy co jest tego powodem, chyba ze biale i ze nie umiemy chodzic po blocie.
Pierwszy posilek - ryz, rybka (bardzo swieza, niemal nie smazona:-(( oraz bezposrednio po nim pierwsze objawy niezadowolenia ze strony zoladka. Toalety brak, a raczej nalezaloby powiedziec - toaleta jest wszedzie.
Prysznic - rzeka. I do domu.
Dom ciotki Marii i jej 4 synow jest rewelacyjny. Zbudowany jak wszystkie domy tutaj w podobny sposob. Dom stoi na palach zostawiajac okolo 1.5 metra przestrzeni dla swin, kur, kaczek, psow, kotow i w przypadku domu ciotki Marii - jednej malej malpki. W domu niewiele sprzetow, pokoj dzienny, 3 sypialnie, panuje pusta przestrzen, nad podloga wisza hamaki, z pokoju dziennego przechodzi sie do kuchni. W kuchni palenisko, stol, wiszace patelnie oraz balkon. Na balkonie myje sie naczynia, a wode po myciu i wszystkie resztki wyrzuca na zewnatrz, gdzie juz z radosci podskakuja swinie, kury, kaczki, koty, psy i jedna mala malpka. Koty i malpka maja tez ta przewage, ze skacza tak wyskoko, ze nie zawsze musza czekac, ze resztki sie im przez balkon wyrzuci, uznaja, ze jesli garnek stoi na balkonie i cos w nim jeszcze jest to, tylko przez przypadek nie zostalo to im jeszcze wydane. Zdjecia o tym kto i jak gleboko wchodzi do garnka w nastepnym odcinku, dzisiaj zapomnialam aparatu.
Spimy wsrod odglosow dzungli, z ruchliwego Iquitos gdzie bzycza moto taxi - do rozszalalej dzwiekowo dzungli - uszy nie maja wytchnienia. Dzwieczy wszystko, a zaden z dzwiekow nie jest nam znany - rozkosz. Zasypiamy, jutro czeka nas kolejna przygoda - podroz do wioski Indian - Yaguas.
Brniemy, dookola deszcz (pora deszczowa nie daje nam o sobie zapomniec) i liany (nasze pierwsze w zyciu) wysokie drzewa, palmy, dzwieki, przeprawy przez rzeczki, weze (nasze pierwsze) pajaki (pierwsze takich rozmiarow) dziwne owoce i komary (niestety nie pierwsze i bardziej niestety nie ostatnie)
Wisoka Yaguas jest podobna do wioseczki Santa Rosa, z ta drobna roznica, ze jej mieszkancy zachowali dawne tradycje indianskie i posluguja sie, rowniez lub tylko, jezykiem Yagua, jest tez zdecydowanie wieksza i ku naszemu zaskoczeniu bardziej cywilizowana. W zadnym razie nie zmniejsza to jej uroku. Mieszkancow jest okolo 400, z czego polowa to dzeci, co odczuwamy od razu i bez przerwy. Dzieci sa w kazdym oknie domu, kiedy sie przebieramy, zeby odswiezyc sie w lazience-rzece, dzieci obsiadaja blotnista skarpe (blotniste skarpy sa tutaj bardzo popularne) niczym widownia zasiadajaca w teatrze, kiedy schodzimy bardzo osuwistym krokiem do lazienki, obserwuja jak plywamy, nieustannie sie (u)smiechaja z naszej bladosci, odprowadzaja nas potem do domu, by towarzyszyc nam w kolejnych czynnosciach. Na szczescie wioska Yaguow jest delikatnie lepiej wyposazona i posiada toalete, wymkniecie sie gromadce dzieci nie nalezy do najlatwiejszych zadan. Spedzamy wieczor z zaprzyjazniona rodzina - mama i trzy piekne corki w wieku od 5 do 13 lat. Kroimy, gotujemy, usilujemy poskromic dym i mieszac makaron... tymczasem panny Yaguowny siedza, patrza sie i (u)smiechaja sie. Po paru godzinach udaje nam sie je nieco oswoic i zdarza sie nawet, ze wybuchaja smiechem, kiedy po raz kolejny zle wymawiamy ´pomidor´lub zapominamy jak jest ´scierka´, a w miedzyczasie najmlodsza Yagowna podjada nam sol!! Bawimy sie doskonale, choc gotowanie makaronu zabiera 2 godziny, a my umieramy z glodu :)
Spimy na drewnianym lozku pod moskitiera. Jest klimatycznie.
Przylapalam sie na tym, ze nie opisuje dzungli, ktora przeciez jest wszedzie tam gdzie i my, przynajmniej tutaj. Nie potrafie jej opisac, jest mokra i duszna, parna, wilgotna, tak, ze nic nigdy nie wysycha do konca a koncowki palcow robia sie pomarszczone, jak po zbyt dlugiej kapieli, jest gesta, czasami bardzo, jest zielona i i powiginana, jest wysoka i ogromna w kazdym tych slow znaczeniu, wielkie sa pnie, liscie, korzenie... dzungla jest po prostu platanina zieleni i wody :)))
...nie ma co sie spieszyc z opisywaniem dzungli, czas sprawdzic czy statek nadal stoi w porcie, byc moze znowu bedzie ´manana´ i byc moze posiedzimy tu jeszcze troche i czas na dokonczenie lesnych opowiesci sie znajdzie :))
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
2 comments:
Witam niestrudzone podróżniczki - witam z 'dżungli', tyle że miejskiej (nie tak wysokiej jak drzewa u Was, ale za to tak zatłoczonej jak 'Wasza' dżungla jest obfita w komary;)). Może się będę powtarzał, ale wiedzcie, że zazdroszczę Wam tej przygody i wrażeń, jakich doznajecie - w mojej dżungli jest o wiele nudniej.
Dodam jeszcze Aga, że masz niesamowity talent do opisywania wydarzeń, doboru słów, aby było ciekawie i wesoło - chylę czoła.
Na zakończenie dodam, że już z niecierpliwością czekam na kolejne relacje z wyprawy. GrzesB
Dzieki, wiemy ze dla nas to wieksza frajda niz dla czytajacych! Manchesterska dzungla nudna? Co ty mowisz! Halasy, kultura, lub jej brak, ciekawe nocne stworzenia, nieraz calkiem grozne, nawet podobna ilosc opadow ;) Pozdr!
Post a Comment