Thursday, 7 February 2008

Droga droga. Droga Lima.

Niby jestesmy w nieustannej drodze, ale sa takie dni, kiedy jestesmy w drodze nawet bardziej. Dzien wczorajszy na pewno do nich nalezal, a dzisiaj tez pelno bylo drogi. Stad, moj odcinek przygod bedzie o drogach, na drogach i przy drogach, wczoraj i dzisiaj.

Zaczelo sie od spokojnego powrotu przepiekna gorska droga z Putre do Arici. Dworzec w Arice przywitalysmy z bezpiecznym marginesem czasowym, podchodzimy spokojnie odebrac bilety autobusowe na podstawie wczesniej wydanego potwierdzenia... choc wlasciwie mamy jeszcze godzine do odjazdu... i wiele rzeczy do zalatwienia... supermercado, frutas, bano (toaleta)... i inne... no ale mamy jeszcze godzine do odjazdu... a tu nagle szalona pani w biurze pokazuje nam szara staroamerykanska limuzyne z jeszcze bardziej szalonym kierowca, ktorego nawet Iza nie rozumiala w zab! Szalony kierowca widzac zesmy biale nie stara sie zreszta nawet ukladac pelnych zdan, wymachuje, gestykuluje, cos tam burczy pod nosem... i najwyrazniej chce, zebysmy weszly do szarej staroamerykanskiej limuzyny i tam siedzialy. Znika i tyle go widzialysmy. Siedzimy, czekamy, Szalonego nie ma jak nie bylo, a pragnienie meczy. Wymykam sie wiec z taxowki... myk myk myk, w poszukiwaniu stoiska z woda... bum, Szalony nagle staje przede mna i wyraznie niezadowolony nakazuje natychmiast wrocic do samochodu. Mamma mia!! Na szczescie przychodzi kolej Izy i po chwili operacja "woda dla spragnionych" konczy sie powodzeniem. Ufff. Szalony zgarnia do swojej nie-az-tak-wielkiej limuzyny jeszcze 4 osoby, co razem z nim daje 7!! i ruszamy. Przez drogi i pola pedzi, przez granice, poburkujac nie dosc ze raz po raz to jeszcze trzy po trzy. Na szczescie droga wieczna nie jest i docieramy do Tacny. Juz w Peru, tam przesiadka na autokar. Jakiez wytchnienie, reszta podrozy w przewygodnym pollezacym siedzeniu z miejscem na wyciagniecie nog, klimatyzacja, obiado-kolacja i sniadaniem w autokarze w kwiatki. Uratowane! No wiec mkniemy po drogach Peru, po drogach, po polach... z horrorem na ekranie autokarowego telewizorka... po ponad 20 godzinach docieramy do Limy. Ah, nasza droga Lima. Droga Lima i jej drogie drogi. Drogi pelne absolutnie niewyobrazalnych rozwiazan komunikacyjnych. Jest tu wszystko, na dodatek to wszystko jezdzi, a na dodatek polowa wszystkiego to taksowki i inne pojazdy uzytku publicznego! Rowery, moto-rowerowe taksowki (taxi-cholo), taksowki, male busiki, wieksze busiki... wszystko to kolorowe i niesamowicie halasliwe, klaksony mieszaja sie z muzyka i pokrzykiwaniami pani biletowej: "wysiadac wysiadac...", na skrzyzowaniach w wiezyczkach policyjni kierownicy ruchu pogwizduja na ten tlum pojazdow... a my wszystkiego musimy sprobowac! W droge wiec! A przy drodze, ah! Przy drodze stoiska z owocami, sokami, z ciasteczkami, z szaszlykami z wolowych serc, z inka kola... a my wszystkiego musimy sprobowac... Droga droga!

No comments: