Byly zyczenia, byly zdjecia nas i naszego swiatecznego sniadania… a jak do tego doszlo…
Ruszylysmy z Ekwadoru prosto na poludnie Peru do Arequipy, (10 godzin w autobusie, potem przesiadka, 18 kolejnych, przesiadka, 16 godzin… czyli, jakby to powiedziec, niemal w oka mgnieniu dotarlysmy) Do Arequpiy ruszylysmy na poszukiwanie polskich swiat, a ze za sprawa Internetu, zrodla wiedzy wszelkiej, dowiedzialysmy sie o obecnosci polskich salezjanow w tym miescie… a w Arequipie wczesniej nie bylysmy, a ladna podobno i okolice… no ruszylysmy bez wahania… i we wspomnianym wczesniej oka mgnieniu niemal dotarlysmy! Podroz warta zachodu, Arequipa piekna, salezjanow polskich w liczbie mnogiej nie ma, ale jeden jest i za wielu stracza. Opieke nad nim Boska czuc, bez niej z pewnoscia nie przezylby wlasnej jazdy samochodem! Ojciec Ryszard zaopiekowal sie nami calym sercem - nakarmil, obwiozl po pieknej okolicy, o pozywke duchowa nasza zadbal rowniez i na rezurekcje zaprosil…
Arena, tlumy kolorowe, gwizdy i krzyki, sprzedawcy wszystkiego - kapelusze, lukrowane jablka na patyku, cukrowa wata, lody, ciasta inne smakolyki I zaklady pieniezne! A na arenie byki, czasem waleczne, czasem ospale… duze, silne i o pieknych imonach. Nasz faworyt – Amor Prohibido – wygral walke, co poczytujemy za dobra wrozbe!
O pakowaniu w kolejnym odcinku.
No comments:
Post a Comment